Wiozłam Mery i jej wf-istę z UAM-owskiego basenu (os. Różany Potok). Poznań miał obszary mniejszości narodowych i wf-ista chciał dojechać do dzielnicy "Kair w Egipcie" (pozdrowienia dla Ramiego :D).
Jechaliśmy przez dzielnicę murzyńską. Droga przechodziła przez środek kościoła katolickiego, w którym pracowali biali księża i chrzcili dzieci w chrzcielnicy.
Ciągle cierpła mi noga i traciłam w niej czucie. Raz cierpła na gazie, więc nie mogłam zwolnić, raz cierpła na sprzęgle i nie mogłam normalnie zahamować ani zmienić prędkości. To nie było miłe. ;p
A Bartek kupił węża do terrarium. To było nasze pierwsze zwierzątko w mieszkaniu. :)
Mery, ciągle mi się śnisz! ;D
to cierpnięcie nogi to jakaś pochodna jeżdżenia po Bieszczadach? ;)
OdpowiedzUsuńcierpła mi wtedy? Ale nie tak że traciłam czucie ? ;D
OdpowiedzUsuń