piątek, 24 września 2010

AM

Zdawałam na akademię muzyczną. W tym samym korytarzu, w którym była akademia, były też wejścia do mieszkań w bloku. Mieszkaliśmy w jednym pokoju w kilkanaście osób (z akustyki), razem z jednym wykładowcą z naszej uczelni... Przed egzaminem z gry na wiolonczeli chciałam szybko coś zjeść. Zbiegłam na dół, i zaczęłam biec w kierunku biedronki. Po drodze była stacja benzynowa, do której biegła na zakupy jakaś para. Wyprzedziłam ich, a dziewczyna myślała że biegnę, żeby wepchnąć się przed nich w kolejkę... zaczęła więc mnie łapać i podduszać. ;D


Jako że mieszkaliśmy w kilkanaście osób w jednym pokoju, powstał problem - co robić z kluczem, kiedy nikt nie zostaje w środku? Otóż zakopywaliśmy go na trawniku przed blokiem. A żeby znaleźć umówione miejsce, trzeba było stanąć na zakręcie jednej alejki i rzucić się do przodu, na brzuch, w trawę. Wtedy zakopane klucze były w miejscu, w które spadała ręka.


Pamiętam też jakąś rzekę która wylała więc zrobiło się duuże jezioro... widoki były piękne. :) I nie pamiętam w jaki sposób, ale ta rzeka przypominała, że trzeba się dobrze zastanowić, zanim się zdecyduje na dziecko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz